21 grudnia 2015

Konstancjowate opowieści

 Witam Cię w pierwszym, oficjalnym poście z cyklu...



Żłobkowe opowieści:

-Tato! Ja już nie jestem dzidziusiem, a w żłobku ubierają mi pampersa, kiedy idę spać! A przecież jestem dużą dziewczyną, a nie dzidziusiem!

-Obraziłam się na Ankę!
-A dlaczego? 
-Bo Anka lubi różowy, a różowy to mój ulubiony kolor! I już nie lubię Anki! Nie będę już z nią rozmawiać.

Przyszłam po Konstancję do żłobka. Jesteśmy w szatni. Przy szafce z jej nazwiskiem jest naklejka tygryska.
-Konstancja, jesteś moim małym tygryskiem!
-Mrrr jestem tygrysem!
-A kim są inne dzieci tygrysku?
-HAHAHA! Anka jest niebieską taczką!

Czasami, gdy po południu w żłobku zostaje mało dzieci, to wszystkie grupy są w jednej sali. Przychodzę po Konsi, a tam same bobaski w jej grupie. Zaglądam przez drzwi i widzę jak rozporządza zabawkami między ledwo chodzące niemowlęta i na odchodne mówi:
-Tylko macie być grzeczni, bo ja idę! I nie będę już za wami sprzątała!

Skarga ze żłobka: Konstancja ugryzła kolegę tak okrutnie, że aż temu został ślad.
-Konstancjo dlaczego ugryzłaś Franka? 
-Bo on mi zburzył moją wieżę z klocków, a tak nie wolno.
Nowy wymiar sprawiedliwości...  

Domowe opowieści:

Robię Konstancji kompocik. 
[Chwila przerwy na magiczny, opatentowany przepis: 
-Szklanka wody niegazowanej. Wystarczy przegotowana kranówa. Tylko nie wrzątek.
-Ciutkę soku malinowego
Wymieszać.]
Daję rurkę. Zieloną. Nieszczęsną zieloną rurkę. I co słyszę?
-KAROLINA! Oszalałaś? Zielona jest dla chłopaków! Ja piję z różowej TYLKO!

Kaspian, jak przystało na dwumiesięczne niemowlę płacze wniebogłosy, na co Konstacja wzburzona przybiega ze swojego pokoju i po krótkiej obserwacji najmłodszego w kóncu zniecierpliwiona krzyczy:
-Kaspian! Cicho bądź, bo mnie już bolą uszy! I głowa!

 -O nie! Konsi, zobacz, Bunia leży na podłodze!
-To idź podnieś.

Rozmowa z Konstancją w kuchni:
-Byłam w Twoim pokoju i widziałam kinder niespodziankę - kurczę, wywąchała...
-Skarbie, a co ty robiłaś w moim pokoju?
-Patrzyłam na kinder niespodziankę. Mogę?
-Ale to jest Kinder niespodzianka dla Kaspianka! - próbuję wcisnąć jej kit.
-Ale Karolina, Kaspian nie ma zębów, najpierw musimy mu kupić. To co, mogę?

Jemy rosół. Karmię Konstancję, bo przecież jej kapie po brodzie.
-Dawaj mi same marchewki. Jestem królikiem, a nie dzikiem, nie będę jeść mięsa - nie daję jej więc mięsa, tylko makaron, przecież logiczne, że nie jest dzikiem, prawda?
-Karolina nie dawaj mi makaronu! Jestem przecież KRÓLIKIEM!
-Ehh, przepraszam króliczku, zapomniałam, wybaczysz mi?
-Nie wybaczę! - wredota jedna. No nic. Karmię więc samymi marchewkami i rosołkiem. Po chwili ta zołza wypluwa pogryzioną marchewkę do talerza
-Ej! Dlaczego to zrobiłaś?
-Dałaś za mało wody - Nabieram więc tę rozemlaną marchew znowu na łyżkę, razem z rosołem i zbliżam do jej ust, a ta oburzona:
-Oszalałaś? Nie będę jeść zniszczonej marchewki!

-Dlaczego ta książka tu leży? - pyta Konsi
-Bo odpoczywa - odpowiadam zniecierpliwiona
-Zmęczyła się i śpi?
-Tak słonko.
-Może zaśpiewam jej kołysankę?

 
 Taka pyskata, a po niej tego nie widać!


 P.S.Imiona pozmieniałam. Świat jest mały, jeszcze się okaże, że żłobkowe mamusie czytają mojego bloga i skargi napłyną :D
P.S.2.Bunia to jej ukochany piesek - przytulanka z którą się nie rozstaje od dwóch lat *.*
P.S.3.Który tekst spodobał się Wam najbardziej? :)