16 lipca 2014

O spontanicznych decyzjach.

Niedzielny poranek, pięcioosobowa rodzina na jednej kanapie, zapowiada się leniwy, upalny, wakacyjny dzień niczym nie różniący się od pozostałych... Nic bardziej mylnego ;) Z ust taty padła propozycja: "To co? Może Kraków i zoo dzisiaj?" No cóż... Nam dwa razy powtarzać nie trzeba. Co by tata się nie rozmyślił w ciągu kilku minut pałaszujemy śniadanie, kilka minut więcej się zbieramy, pakujemy do samochodu i już nas nie ma ;)
Jak dla mnie krakowskie zoo w porównaniu z tym warszawskim, nie umywa się ;) Mniej zwierząt, mniejsze uliczki, mniej cienia, mniej ławek, wszystkiego mniej. A ludzi więcej.
Maksiu z kolei narzekał na to, że "lew się nie rusza tylko leży" - ja osobiście go rozumiem. I chcąc nie chcąc naszły mnie melancholie w stylu:
-czy one nie mają za mało miejsca
-czy o nie dbają?
-czy ktoś się z nimi bawi?
-czy się nie nudzą?
-czy na spacer wyprowadzają?
-czy dietę mają urozmaiconą?
No ja jestem jakaś mało otwarta na tego typu rozrywkę. Wolę patrzeć jak hasają na wolności.
A te milusińskie futrzaki to z chęcią bym wyprzytulała!
Sama Konstancja zainteresowana była tylko koto i piesopodobnymi zwierzakami. A tak to raczej niewzruszona nie zbliżała się do klatek ;)
Z Maksem ogarnęliśmy, że widzieliśmy króla Juliana, wydrę Marlenkę, żyrafę Melmana, hipopotamicę Glorię, rybki: Nemo i Doris i inne kreskówkowe zwierzaki ;)

Dzisiaj mała duża fotorelacja z Zoo i krakowskiego rynku.
Tłumów nie cierpię, ale ten krakowski jakoś zniosłam ^.^











Wśród swoich... ;)

A tu Konsi z mamą ;)


Gdzie jest Nemo?









ZAPRASZAM :)


PHOTOBLOG  | FANPAGE